Ostanie dni były dość emocjonujące. Najważniejsza sprawa ro choroba Misia – grypa żołądkowa. Sraczka, rzyganie, spore ryzyko odwodnienia. Zaliczyliśmy wizytę na pogotowiu, bo u nas po 18 to lekarza poprostu nie ma. A na pogodtowiu? Jest, ale nie pediatra. Internista zbadał malucha i zapodał mu coś czego skutkiem ubocznym jest sraczka. Powinienem zajebać na miejscu czy dopiero po tygodniu wyrok wykonać? Odpuszczam, każdy ma prawo być idiotą.
Potem była wizyta w szpitalu dziecięcym na zibie przyjęć. Czas oczekiwania na wizytę… tylko 3 godziny. Wszystko w poczekalni pełnej kaszlących dzieciaków. Doszliśmy do wniosku że mimo kiepskiego stanu Misia, po 3 godzinach w tej poczekalni będzie jeszcze bardziej chory niż jest. Pozostał pediatra przywatny. W prywatym szpitalu co prawda nie ma pediatry ale ochoczo podali telefon do gabinetu. Cena wizyty tylko 100 zł. Tanio jak barszcz.
Nie chce mi się opisywać ciągu dalszego walki z polską służbą zdrowia. Miś w każdym razie wychodzi na prostą. W sumie po trochu dzięki tacie, który cały czas twierdził że ta dieta nie jest dobra i fajnie że Misiowa i teściowa nie pozwalają mu sie odwodnić, ale dlaczego chcą go zagłodzić? Dostał wreszcie ryży i szynki. Momentalnie nabrał kolorów i siły. Pewnie będzie dochodził do siebie jeszcze parę dni ale chyba najgorsze minęło.
A skąd to gówno się Misiowi przyplątało? Od taty! A tata przyniósł z pracy, bo u nas jest taka moda, że z chorobą się chodzi do pracy dopuki się nie padnie na ryj. Ja się do tej zasady nie stosuję i jak choruję to w domu. Dużo zdrowia!
0 Odpowiedzi do “Grypa u Misia…”
Napisz odpowiedź